Masutatsu Oyama

oyamapicMasutatsu (zdrobniale Mas) Oyama urodził się pod nazwiskiem Yong-l Choi 27 lipca 1923 roku w małej wiosce Wa-Ryongri Yong-chi Myonchul Na Do w Korei Południowej. Jego rodzina, znani arystokraci, należała do klanu Yangban. Jego ojciec, Sun Hyang, był burmistrzem Kinje, miasteczka niezbyt odległego od wioski, w której urodził się Yong-I Choi. Jako dziewięcioletni chłopiec Oyama rozpoczął trening południowochińskiego kempo pod okiem Pana Yi, pracownika w posiadłości jego ojca. Oyama był też zapalonym czytelnikiem — niezwykle poruszyła go i miała na niego silny wpływ biografia Otto von Bismarcka (1815—1898), pruskiego kanclerza niemieckiego imperium w latach 1871-1890. Bismarck, jak dowiedział się z lektury Oyama, wsławił się zjednoczeniem Niemiec w ciągu dwóch-trzech lat czyniąc je państwem na tyle silnym, że było w stanie kontrolować większość Europy.

– Gdy byłem dzieckiem – wspominał sosai – Oyama – Uczono nas żyć tak, abyśmy nigdy nie musieli wstydzić się wobec rodziny czy przyjaciół. Uczyliśmy się na pamięć chiń­skiego wiersza: „Jeśli człowiek opuści dom z jakimś celem, nie wolno mu nigdy powrócić w rodzinne progi bez jego zre­alizowania. Nawet po śmierci”.

W wieku 17 lat Mas. Oyama zdobył 2. dan w judo kodo- kan, a czwarty stopień wtajemniczenia w tej sztuce walki uzy­skał mając lat 22. Nie była to jednak jedyna sztuka walki, która zainteresowała młodego Oyamę. Studiował także chińskie kempo, a pobierając naukę w szkole lotniczej Yamanashi, trenował karate.­

W 1947 r. w Kioto, w czasie ogólnojapońskich mistrzostw karate Oyama pokonał wszystkich przeciwników. Wydarzenie to umocniło go w przekonaniu, że powinien całkowicie po­święcić życie sztuce „pustej ręki”. Podjął decyzję o udaniu się w góry i doskonaleniu swoich umiejętności z dala od ludzi. W leśnej pustelni przebywał przez osiemnaście miesięcy.

Wielu moich znajo­mych odradzało mi udanie się w góry. Uważali to za bezsens i twierdzili, że poświęcenie się karate w czasach, gdy istnieje broń palna jest niedorzecznością. Byli i tacy, którzy pukali się palcem w czoło i mówili, że jeden człowiek na osiemdziesiąt milionów może zachowywać się w sposób idiotyczny. Nie ule­głem jednak tym opiniom i poszedłem w góry. Zabrałem z so­bą miecze, włócznie, kilka książek i naczyń.

Mój dzień zaczynał się o czwartej rano. Gdy tylko się obu­dziłem, biegłem do najbliższego potoku, by umyć się w zim­nej wodzie. Po śniadaniu, które składało się z porcji ryżu i ziarenek grochu, czytałem aż do południa. Trening rozpoczy­nałem po południu. Uderzałem w drzewa oplecione winoro­ślą technikami seiken, nukite, shuto oraz nożnymi. Przez cały ten osiemnastomiesięczny okres nie było dnia bym odpoczy­wał. Wieczorami siadałem przed ścianą mojego szałasu, na której narysowany był okrąg i wpatrywałem się w niego. To było moje ćwiczenie koncentracji i uwalnianie rozumu od my­śli oraz z niczym nie związanych pomysłów. Z czasem zmieni­łem jednak metodę ćwiczenia umysłu. Moim wyzwaniem stała się skała. Pozbierałem kamienie, które odpowiadały mi kształtem i wielkością. Następnie usiłowałem je przełamać na pół techniką shuto. Niestety, moje próby były bezskuteczne. Jednak nie poddawałem się. Przez kolejne dni nadal starałem się osiągnąć zamierzony cel. Nocami przesiadywałem w swo­im szałasie ze wzrokiem utkwionym w kamień, który leżał przede mną. To była moja nowa metoda ćwiczenia koncentra­cji. Pewnego razu, gdy była pełnia księżyca, coś się we mnie poruszyło. Oto poczułem w sobie moc, która dała mi wiarę w rozbicie leżącego tuż obok głazu. Uklęknąłem i zastosowa­łem technikę shuto. Kamień rozpadł się na dwie równe części. Zrobiłem to! Od tamtej pory codziennie rozbijałem dłonią wie­le kamieni. Gdy opuszczałem pustelnię, w koło szałasu było pełno porozbijanych głazów. Z czasem w okolicznych wsiach rozniosła się wieść, że w górach żyje barbarzyńca. W miejsce, gdzie trenowałem, zaczęły przychodzić dzieci i czasem woła­ły: „Potwór! Po jakimś czasie zaprzyjaźniliśmy się. Najgor­sze były dla mnie noce i towarzyszące podczas nich poczucie samotności. Wtedy pocieszeniem były nawet wyjące lisy”.

W roku 1950 Masutatsu Oyama zabił ciosem ręki pierw­szego byka (w sumie stoczył z bykami 53 pojedynki). Czynu tego dokonał w rzeźni w Tateyama.

Rok 1952. Masutatsu Oyama, chcąc popularyzować usys­tematyzowany przez siebie styl karate, który nazwał kyokushin (jap. ekstremum prawdy), wyjechał do Stanów Zjednoczo­nych. W Ameryce dawał pokazy walki z bykiem w obecności dziennikarzy, filmowców i wielotysięcznej publiczności. Po jed­nym z takich pokazów prestiżowy dziennik The New York Ti­mes nazwał go „Boską Ręką” .”Ostatni Samuraj” uważał, że karateka powinien znaczać się ogromną kulturą osobistą, której za sady wyłożone są w Kodeksie Dojo. Bez nich człowiek uprawiający kyokushin sta je się jedynie osiłkiem budzą-cym w ludziach odrazę – twierdził sosai Oyama.

Podczas licznych podróży po świecie, których celem była popularyzacja kyokushin, Oyama przybył do Rio de Janeiro. Po pokazach różnych form karate oraz sztuki łamania przed­miotów, w regionie, gdzie wielką popularnością cieszyło się judo, sztuka karate także zyskała znaczącą sławę

1 października 1963 roku nastąpiło oficjalne otwarcie Honbu w Tokio – centrum Światowej Organizacji Kyokushin (Ky­okushinkai). Celem, który postawili sobie jej założyciele było kształtowanie u każdego z członków – obok sprawności i tęży­zny fizycznej – najwyższych wartości społecznych. Podczas uroczystego otwarcia Honbu Masutatsu Oyama powiedział: „Karate przedstawia powrót do idei siły na rzecz dobra ochrony ludzkości, a odwrót od siły służącej podbojom i zniszczeniu. Twierdzę, że musimy być mocni, ale nie wojow­niczy. Miłość do rodziców, szacunek dla nauczycieli, zaufanie w stosunku do przyjaciół oraz skromność wydają się być ko­rzeniami budo-karate kyokushin”. W 1964 roku Eisaku Sato, były premier Japonii laureat Nagrody Nobla, został prezydentem IKO (Internatio­nal Kyokushin Organisation), zaś Masutatsu Oyama -dyrektorem tej orgranizacji. W zarządzie IKO zasiedli eks- premierzy Japonii: M. Mori i T. Miki oraz król Hiszpanii Juan Carlos i prezydent USA Ronald Regan.
Sosai Oyama twierdził, że w karate nie ma żadnego misty­cyzmu – opiera się ono na nieustannej walce z własną słabo­ścią. Mawiał: „Należy być silnym jak lew, a zarazem szlachetnym jak kwiat. Poprzez trening można dotrzeć do bram Niebios”. Wielu ludzi – szczególnie propagatorzy karate bezkontaktowego – zarzucało mu, że kyokushin jest zbyt bru­talną sztuką walki. On jednak twierdził, iż demonstracja sa­mych form karate jest jedynie tańcem, który nie przystoi prawdziwemu wojownikowi.

W listopadzie 1993 roku „Ostatni Samuraj” przyjechał do Polski. Na rozgrywany w Katowicach Puchar Europy w Kyoku­shin Karate „Oyama Cup’93”. W hali widowiskowo-sportowej „Spodek” witał go jedenastotysięczny tłum. Była to jego ostat­nia podróż zagraniczna. Masutatsu Oyama zmarł 26 kwietnia 1994 r. Miał 71 lat. Na jego pogrzeb w Tokio przybyli nawet ci uczniowie, którzy przed laty opuścili go i założyli własne szko­ły karate. Stojąc nad urną z prochami wielkiego mistrza zda­wali sobie sprawę, że oto żegnają człowieka, od którego odeszli, ale który w sposób niezaprzeczalny ukształtował całe ich życie. Człowieka, który pozostawił po sobie dzieło nieznisz­czalne – KYOKUSHIN.